Nie chciałabym zmieniać bloga w blog włosowy, aż tyle czasu i uwagi moim włosom nie poświęcam i jak znajdę dobry produkt to przy nim zostaję bez dalszego eksperymentowania.
Historia zaczyna się gdzieś w przedszkolu kiedy to moi rodzice zorientowali się że włosy ich dziecka są takie inne, cała rodzina ma włosy proste a ja nie, zamiast grzecznych włosków i ładnej fryzury miałam sianko i włoski sterczące w każdą stronę. Do czasu aż moja babcia, z resztą wielka fanka włosów kręconych stwierdziła że tak dalej być nie może i zarządziła zapuszczanie moich włosów i noszenie przeze mnie dwóch kiteczek. To był zdecydowanie dobry okres dla moich włosów, dwa ruloniki włosów bez puchu, siana i innych typowych atrakcji dla kręciołków.
Później nastąpiła podstawówka i duży wpływ rówieśników. Dzieci potrafią być okrutne i tępić każdą inność. Małe miasteczko- tu w szkole nawet naśmiewano się z leworęcznych!
Za wszelką cenę usiłowałam się dopasować do standardów i wyglądać jak inne dziewczyny, codziennie miałam rozczesywane włosy, przypominam kręcone włosy!, i wiązane w ciasny warkocz, zabieg długotrwały i bolesny. Kiedy byłam dzieckiem, nie było w sklepach specjalnych szczotek dla włosów kręconych, ser, odżywek i b/s, masek, olejków, i innych był szampon i odżywka do spłukiwania i koniec.
Do czasu aż miałam dość codziennego szarpania moich włosów i postanowiła je skrócić- pierwszy raz u fryzjera i nie wiedziałam że skrócić 5 cm to znaczy skrócić o prawie 20 cm. nie dało się ich związać w kitkę i pierwszy raz poszłam do szkoły w rozpuszczonych włosach, co o dziwo spowodowało dość agresywne zachowanie części nauczycielek, które stwierdziły że zrobiłam sobie trwałą i nie docierało do nich że to są moje naturalne włosy. Przez kilka tygodni do szkoły podpinałam włosy spinkami aż dało się zrobić kitkę.
Byłam wtedy bardzo nieszczęśliwa z tego powodu.
W liceum było już mi było łatwiej dobrze dostępne były produkty do stylizacji włosów. Myłam włosy szamponem, stosowałam odżywkę, nakładałam piankę i zaplatałam w warkocz. Ku przerażaniu rodziców obywałam się bez suszarki, tylko w mokrych włosach szłam spać. Rano miałam całkiem ładne loki. Niestety nie stosowałam pewnie dobranych produktów do moich potrzeb przez co włosy były przesuszone, skalp przetłuszczony i borykałam się z problemem łupieżu. Pewnie miałam też puch i sterczące baby hair, ale pewnie nie zwracałam na to uwagi.
Na studiach postarałam się o to żeby włosy sobie zniszczyć- zaczęłam je farbować, farbami drogeryjnymi. Wreszcie miałam przepiękny kolor, ale przerzedziłam je o połowę. Wtedy też kupiłam pierwszy produkt do włosów kręconych, poczułam się super, wreszcie ktoś wypuścił na rynek produkt dla włosów kręconych. Był to spray z Garniera do stylizacji, ślicznie niwelował puch, obecnie nie jest już dostępny a szkoda.
Potem było produkty Gliss Kur naładowane silikonami, ale dla moich zniszczonych złą pielęgnacją włosów zrobiły wiele dobrego. Kupiłam tez prostownicę, ale po dwóch użyciach stwierdziłam że to bez sensu bo wyglądam dziwnie, chyba się już do loczków przyzwyczaiłam, a i prostowanie zajmuje za dużo czasu.
Trafiłam na dobrego fryzjera, który potrafi ścinać włosy kręcone i przez ładnych parę lat nosiłam krótką fryzurę, która lubiłam.
Było juz w miarę dobrze ale oczywiście musiałam namieszać, po ciąży kiedy to włosy wypadają garściami stwierdziłam że będą wypadały nie ważne co z nimi zrobię więc pofarbowałam je na blond. Moje włosy maja typowy słowiański kolor trzeba było użyć znacznej ilości rozjaśniacza. Nie dość że w blondzie czułam się źle to jeszcze miałam zniszczone włosy.
Cóż trzeba było zająć się dobra pielęgnacją, na szczęście był to już etap kiedy zainteresowałam się składami kosmetyków i pielęgnacja była bardziej świadoma. Zaczęłam od olejowania- włosy wręcz piły olej, do tego odstawiłam silikony, zmieniłam szampon na łagodny, a farbę na henne i zaznajomiłam sie z zasadami CG chociaż nie mam jeszcze zdrowych włosów to wyglądają znacznie lepiej i jestem na dobrej drodze żeby były na prawdę ładne.